Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Frania i Fela.

Frania i Fela to kotki z łapanki sprzed kilku lat, gdy jeszcze mieszkaliśmy na Woli. Kotka z małymi zaczęła wychodzić z piwnicy na chodnik, który od ulicy dzielił metr z kawałkiem. O nieszczęście było tu naprawdę nietrudno… Przy pomocy z klatką łapką Oli i jej męża zasadziliśmy się na mamę i maluszki. Kotka pojechała na sterylkę i niestety wróciła na miejsce bytowania a dziewczynki pojechały do nas na oswojenie i doprowadzenie do porządku. Były pchły, początki kociego kataru i duuuże przerażenie na widok człowieka. Do tej pory pamiętam, że ząbki, mimo że takie małe – dziabały jak zębiska rekina ;) .
Ponieważ pierwsza wizyta u weterynarza odbyła się dopiero po kilku dniach – zgodnie uznaliśmy że ten bardziej dziki dzik to chłopak więc będzie Franek. A mniejsza i słodsza z pysia ;) to na pewno dziewczynka więc będzie Fela, zwana często też Lalą, bo miły charakter i zamiłowanie do głaskania się nie zmieniło. No i tak mieliśmy przez tydzień Frania i Felę aż do wizyty u weta, który to zaprotestował przeciw temu imieniu z prostego powodu – to też była dziewczynka ;) . Franek więc został Franią, na którą w szczególnych chwilach rozczulenia ;) wołamy teraz Franca.
No i tak oswajały się dziewczynki bardzo powoli. Wzloty i upadki, ciągłe choroby odpornościowe Lali z podejrzeniem białaczki nie ułatwiały szukania domu a chcieliśmy by poszły do domu razem.
Panienki rosły, z ufnością było coraz lepiej, ale do tego doszły rujki, jak to u podwórkowych z pochodzenia kotek trochę szybciej – Franię wysterylizowaliśmy dość szybko, ale Lala była ciągle chora… Trafiliśmy jednak na moment, gdy nie było żadnej choroby i również trafiła na zabieg. Od tej pory przez te kilka lat chorowała bardzo sporadycznie. Weterynarz powiedział, że ciągłe rujki mogły ją dodatkowo osłabiać, więc sterylizacja była dobrym pomysłem i tak.
Na zdjęciu Frania i Lala a w oddali nasz kochany Furkot. Zostały obie u nas po nieudanej adopcji mimo trafienia do fajnego domku (Lala odmówiła jedzenia, picia i załatwiania się, wróciła do normy z zesłania ;) natychmiast).
A pytanie było która jest która ;) bo są naprawdę bardzo podobne (OK, dla nas są zupełnie różne, ale znajomi do tej pory nie poznają ;) ) – przykładem który pozwala znajomym je odróżnić jest to, że FRania ma skaRpetki a FeLa podkoLanówki ;) .
Siostry a charaktery dość rózne – Frania nadal potrafi syknąć, gdy np. się nagle przebudzi, przez dłuższy czas także wyjmowała ze śmietnika resztki jedzenia i skórki od pieczywa, nadal traktuje to trochę chyba jako zdobycz i że szybko trzeba zjeść. Miziak wielkooki i niezmordowany udeptywacz to jej dwie fuchy ;) .
Lala zaś to pieszczocha i trochę ciamajda, w zabawie podgryza i liże naprzemiennie ręce.
Takim to sposobem, mamy cztery burasy – Lala, Frania, Studinka i Jajek.

Bracia.

Jajek i Dodek są u nas od czterech lat. Po próbie utopienia zostały odebrane i zawiezione przez dobrą duszę do Kociego Azylu, skąd przejęliśmy je na dom tymczasowy.
Bracia po takich przejściach długo nie mogli nam zaufać, mimo bardzo młodego wieku – około 5 miesięcy.
W końcu rozmiziane, podchowane, zaszczepione zaczęły szukać domu, bo już mieliśmy swoją gromadkę ;) .
Trafił się domek pod Warszawą, który zakochał się w chłopakach poprzez ogłoszenie adopcyjne w internecie. Nadszedł dzień pożegnania z Jajkiem (bury) i Dodkiem (czarnulek), mocno to przeżyliśmy ale tłumaczyliśmy sobie, że lepiej im będzie z rodziną, gdzie będą tylko we dwóch, nie z naszą czeredą.
Państwo dostali zalecenia zoopsychologiczne dla kociaków, by nasza praca nie poszła na marne w dalszym oswajaniu i zostały.
Przez prawie pół roku byliśmy karmieni kłamstwami, że wszystko OK, że się oswajają i polubiły nowy dom, fotki też czasem były. W końcu przyszedł moment, gdy pani powiedziała że następnego dnia przywozi nam koty, bo są agresywne, warczą a tak w ogóle to ona jest w ciąży i boi się o dziecko.
Byliśmy tak zszokowani, że długo zachodziliśmy w głowę o co poszło.
Koty przyjechały następnego dnia rano. Wiele nie rozmawialiśmy, bo i o czym tu było rozmawiać… Po wyjściu z transporterka oba się szybko schowały pod kanapę, ale wyszły po kilku minutach – poznały nas i miauczenie kotów zza drzwi. Naszym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy :( . Brzydkie futro, sypiące się i koty chodzące nisko po ziemi ze strachu. Nie chcę już o tym nawet myśleć. Państwo nie zrobili nic z moich zaleceń, „agresywne i warczące” koty kilka minut po wyjściu już nam leżały na kolanach i były myte na powrót do domu ;) przez resztę zwierzaków.
Baliśmy się już ich oddawać, by znów się nie sparzyć na nieudanej adopcji więc zostały już jako nasze futrzaki.
Jajek nadal jest nachalnym wręcz miziakiem <3 Dodek zaś jeszcze na głośniejsze słowo lub podniesienie ręki ucieka, ale za chwilę wraca.